piątek, 3 kwietnia 2015

Unicestwienie - Ujarzmienie - Jeff Vandermeer

"Unicestwienie" i "Ujarzmienie", czyli pierwsza i druga część trylogii Southern Raech, to przykład na to, że nawet powieści  których akcja sunie bardzo powoli, mało się dzieje po prostu, mogą wciągać bez reszty. W tym przypadku chodzi o atmosferę, to powolne budowanie napięcia. Obie książki "połknęłam", wykorzystując każdą wolna chwilę. "Unicestwienie"zobaczyłam kilka miesięcy temu w kiosku. Było dołączone do jakiejś kobiecej gazety za dziesięć złoty. Przyznam, że nieźle mnie to zdziwiło, rozumiem romans, ale fantastyka? Kto by pomyślał? Kupiłam, oczywiście. Wcześniej czytałam pochlebne recenzje w "Nowej fantastyce" i nie zawiodłam się.

Pierwsze skojarzenie z powieściową Strefą X, to oczywiście Zona z "Pikniku na skraju drogi". Na szczęście to zupełnie inny przypadek. Chociaż, nie czytałam jeszcze 3 tomu, więc nie wiem jak to się dalej rozwinie. Mamy więc tajemniczą strefę X i grupę ochotniczek, które mają zamiar wydrzeć jej tajemnicę. Potem jest trochę jak z "The Blair Witch Project" (też nie do końca, oczywiście). 


W "Ujarzmieniu" poznajemy sprawę od zewnątrz. Bohaterem jest nowy dyrektor Southern Raech, czyli jednostki badawczej zajmującej się Strefą X. Kontroler (taką ksywkę przyjął nowy dyrektor) próbuje zebrać istotne informacje, złożyć tę układankę w logiczną całość. Składa raporty swojemu tajemniczemu przełożonemu. O czym mówi? O dziwnym zachowaniu pracowników, przerażającej taśmie wideo, roślinie, która nie umiera. Bardzo się stara, ale zamiast odpowiedzi, znajduje tylko nowe pytania.

To nie jest powieść grozy, straszy tylko trochę, subtelnie. Mam nadzieję, że autor ma pomysł na zakończenie tej historii i już nie mogę się doczekać trzeciego tomu.

wtorek, 17 marca 2015

Zamieć - Neal Stephenson

Neal Stephenson nawiązuje w swojej powieści do teorii Chomskiego  o wrodzonym charakterze zdolności językowych i teorii memów Richarda Dawkinsa. Mem, za Wikipedią, to jednostka ewolucji kulturowej zapisanej w mózgu, której najważniejszą cechą jest zdolność do powielania się przez naśladownictwo. Im lepszy, prostszy mem, tym jest łatwiej dochodzi do "zarażenia" dużej grupy ludzie. Dlatego na przykład proste melodie są bardziej popularne, mówimy, "że łatwiej wpadają w ucho", niż skomplikowanie symfonie. Chwytliwe mogą być też hasło, mody, a nawet całe ideologie.

W "Zamieci" mamy do czynienia z groźnym wirusem, który oddziałuje na ludzkie umysły poprzez wiadomości tekstowe docierające bezpośrednio  kory mózgowej, bez pośrednictwa języka, którym dana osoba posługuje się na co dzień.  Najłatwiej atakuje on  religijne osoby "mówiące głosami", osoby niewykształcone i wysokiej klasy programistów. Jest jeszcze nawiązanie do historii i mitów Sumeryjskich, ale ta część, akurat mało mnie przekonuje.

Czy bawiliście się kiedyś w Second Life? W powieści mamy Metawers i Ulicę, w Second Life wyspy zamieszkałe przez avatary. Jest bardzo duże podobieństwo między Metawersem, a Second Life. Neal Stephenson napisał w posłowiu do swojej książki, że dopiero po jej skończeniu dowiedział się, że nie on pierwszy wymyślił podobny świat. Wcześniej był Habitat, jeszcze w czasach, kiedy używano komputerów Commodore 64. W każdym razie, jeżeli znacie Second Life, to musicie sobie wyobrażać jak to jest maszerować po Ulicy Metawersu. Już to wiecie.

Moja przygoda z Second Life była krótka, ale za to momentami dość zabawna. Szczególnie z czasów, kiedy przechodziłam kurs poruszania się avatarem. Kiepsko mi szło. Na przykład w pewnym momencie utopiłam swojego typka w oceanie. Trzeba było też uważać, żeby nagle nie stanąć nago w tłumie. Brałam też udział w konferencji dla avatarów. Ciężko było się skupić, bo na przykład lądował nagle przed tobą półnagi awatar i machał ci przed twarzą skrzydłami. Dobrze, ale wracając do powieści. Stany Zjednoczone, czyli tam gdzie toczy się akcja, to w zasadzie jeden budynek z przyległymi terenami, gdzie w ogromnym biurowcu w pocie czoła pracują biurokraci. Rozporządzenie w sprawie używania papieru toaletowego mnie rozbroiło. Co do wojska i stróżów porządku, to wszystko w tym świecie jest sprywatyzowane. Właściwie każdy też może założyć własne państwo, wystarczy kawałek ziemi i płot. Nie ma rządu centralnego, a każdy radzi sobie jak może.

Jeden z moich ulubionych fragmentów:

"- Mówiłem wam, że posłuchają głosu Rozumu - oznajmia Rybiooki, zatrzymując obracający się granatnik.
Na panelu kontrolnym w walizce widniej tabliczka znamionowana z następującym napisem:


ROZUM
Wersja 1.0B7
Hiperszybkościowy granatnik - 3 mm
wspomagany elektronicznie
Zakłady Przemysłu Obronnego Nga
WERSJA BETA - NIE STOSOWAĆ NA POLU WALKI
NIE TESTOWAĆ W REJONACH ZALUDNIONYCH
- ULTIMA RATIO REGUM-"

 I to by było chyba tyle.  Pozdrowienia przesyła mój avatar:


poniedziałek, 16 marca 2015

Michalina Wisłocka. Sztuka kochania gorszycielki

I pomyśleć, że jeszcze niedawno twierdziłam, że nie lubię biografii! Uważałam, że biografie są przekłamane, bo przecież autor nie "siedział w skórze" portretowanej postaci, więc spora część, to tylko jego domysły. Nawet jeżeli tak to wygląda i tym razem, to i tak "Sztukę kochania gorszycielki" czyta się świetnie.

Chociażby takie scenki z przedwojennych łódzki Bałut (Bałuty to taki łódzki odpowiednik Pragi). Michalina wspomina w swoich pamiętnikach, że wieczorami chodziła po bałuckich uliczkach z nożyczkami do samoobrony w kieszeni. Kino było bardzo popularną rozrywką wśród młodzieży, ale trzeba było bardzo uważać, gdzie się siada. Jeżeli wybrałeś złe miejsce, to mogłeś spodziewać się oberwania w głowę ogryzkiem, a zdarzały się i przypadki sikania z balkonów.

Michalina żyła miłością, dosłownie. Miała tendencję do deifikowania mężczyzn, których kochała. Stawiała ich na piedestale swojego życia, jak nie przymierzając pogańskich bożków. Czas w jej życiu, w którym nie była w kimś zakochana, uważała za bezwartościowy.

Początek książki przypominał mi "Małżeństwo niedoskonałe" Nepomuckiej. Stanisław, pierwsza prawdziwa miłość Michaliny, miał na nią duży wpływ, nie zawsze pozytywny.

Ciekawie czyta się tę książkę, bo polska, tragiczna w końcu historia (Druga Wojna, powojenna bieda) jest gdzieś  tam w tle. Najważniejsze są relacje międzyludzkie, codzienne życie. Życie mocno zresztą pokomplikowane, w dużej mierze z winy samej Wisłockiej.

Polecam, świetna książka. Połknęłam w dwa wieczory.

poniedziałek, 23 lutego 2015

Senni zwycięzcy - Marek Oramus

Ostatnio mam zwyczaj nie zaglądania do notki na okładce przed przeczytaniem książki. Tym razem zajrzałam na tylną okładkę 40 stron przed zakończeniem książki i okazało się, że i to było za wcześnie. Nie, naprawdę się nie zorientowałam, widać jestem niedomyślna, ale pewnie jeszcze jest kilka takich osób. Dziękuję autorowi notatki za popsucie zabawy! Od razu przypomina mi się fragment z "Bruneta wieczorową porą", w którym spikerka zapowiada kryminał, wyjaśniając przy tym kto zabił, a na koniec życząc widzom "przyjemnych zaskoczeń".


Jeszcze jedna sprawa. Kiedy zmieniamy miejsce akcji w tekście nie ma nawet linijki przerwy. I czasami zastanawiałam się - Ten? A co on tu robi? Zaraz, zaraz jesteśmy już w innej części Dzisięciornicy (czyli statku kosmicznego w którym rozgrywa się cała historia)! Dla mnie to było bardzo irytujące.

Co do samego świata przyszłości przedstawionego w powieści. Pewnie, że wzięłam poprawkę, że to stara książka (pierwsze wydanie 1982), ale zwykle mi to zupełnie nie przeszkadza. Czasami nawet jest zabawnie (wbrew intencjom autora oczywiście). Jedyne co mi się podobało w świecie statku kosmicznego Dziesięciornica to pomysł ze ścianami udającymi krajobrazy. Mam jednak wrażenie, że autor najbardziej przyłożył się do opisu burdelu na jednym z poziomów statku.

W "Sennych zwycięzcach" nie ma też żadnej wyrazistej postaci. Czasami mam wrażenie, że ta gromadka bohaterów różni się tylko imionami.

W jednym z odcinków "Doktora Who" był podobny motyw, ale tam zrobili to prościej (obyło się bez Dwukolorowych), a rezultat był podobny.

Ogólnie nie poleciłabym tej książki nikomu, kto dopiero zaczyna swoją przygodę z fantastyką socjologiczną. Bo może okazać się dla niego ciężkostrawna. "Paradyzję", albo "Limes Inferior" Janusza Zajdla mogę polecić z czystym sumieniem. Ale "Senni zwycięzcy" tylko dla kogoś już "zaprawionego w bojach" jeżeli chodzi o tego typu literaturę.

piątek, 20 lutego 2015

Umierająca Ziemia ; Oczy Nadświata - Jack Vance

" - Jakież wielkie umysły obróciły się w pył - szepnął Guyal. - Jak wspaniałe dusze zanikły zapomniane wśród minionych stuleci, jakie cudne stworzenia zaginęły w pomrokach najdalszej pamięci... Już nigdy nie powrócą, a teraz, w ostatnich chwilach, ludzkość nabiera bogactwa jak zgniły owoc. Zamiast opanować i podporządkować sobie nasz świat, naszym najwyższym celem stało się oszukiwanie go za pomocą czarnoksięstwa..."

Już po pierwszym rozdziale pomyślałam sobie: przecież ten świat wygląda zupełnie jak z pięcioksięgu Gene Wolfe. Potem znalazłam informację, że Wolfe wymienia "Umierającą Ziemię" jako jedna ze swoich ulubionych powieści fantastycznych. Świat z powieści Vance odlicza już swoje ostatnie dziesięciolecia. Słońce gaśnie, Ziemia pełna jest ruin dawnych cywilizacji. Ludzkość jest rozproszona, a niektóre wspólnoty nie wiedzą nawet o istnieniu innych. Ludzie nie są zresztą jedynymi rozumnymi istotami. Na ważkach latają Twk-ludzie, w gęstych lasach grasują potworne deodandy, a jeżeli masz pecha możesz nawet spotkać demona. "Umierająca Ziemia" to zbiór opowiadań luźno ze sobą powiązanych. Pamiętajmy też, że to powieść z 1950 roku ("Oczy Nadświata" z 1966). Fani współczesnych powieści fantasy mogą się trochę rozczarować. Trzeba wziąć poprawkę, że te opowiadania powstały ponad 60 lat temu, ale mimo to mogą się podobać także i dzisiaj. Dla mnie to była bardzo przyjemna lektura.

 "Oczy Nadświata" mają swojego bohatera Cugela - oszusta, złodzieja i morderce. Na początku powieści wpada na pomysł, żeby okraść Iucounu Śmiejącego, potężnego czarnoksiężnika. Oczywiście wszystko idzie źle i nagle Cugel, chcąc nie chcąc, wyrusza w długą podróż. Iucounu daje mu na pamiątkę stworzenie z rodziny Firks, czyli symbionta, który boleśnie przypomina o swoje obecności. Zupełnie, nie żałujemy Cugela. To wyjątkowo antypatyczna postać. Na jego usprawiedliwienie mogę tylko dodać, że często spotyka postacie równie bezwzględne. To jak prawo dżungli: zabij, albo sam zostaniesz pożarty.

Źródło

Minus dla wydawnictwa Solaris za okładkę. Średnio zachęcająca. Może chcieli nawiązać do pierwszego wydania. Rozumiem, w pierwszym rozdziale są kadzie i piękne gołe kobitki, ale od razu przypominają mi się okładki z lat 90-tych, gdzie półgołe niewiasty zdobiły okładki fantastyki, nawet jeżeli wizerunek ten nie miał nic wspólnego z zawartością książki. A pierwsze wydanie wyglądało tak jak na zdjęciu po lewej.

poniedziałek, 16 lutego 2015

Krótki i niezwykły żywot Oscara Wao - Junot Diaz

Zacznę może od tego. że na marginesach stron powieści znajdują się tłumaczenia hiszpańskojęzycznych słów i całych zwrotów użytych w tekście. Ciekawy zabieg, a dzięki niemu łatwiej się wczuć w klimat powieści. Jedna z blogerek przyznała, że właśnie dzięki tej książce postanowiła zacząć uczyć się języka hiszpańskiego. A mnie jej post zachęcił do przeczytania samej powieści.
 


"Krótki i niezwykły żywot Oscara Wao" to właściwie saga rodzinna opowiadająca losy trzech pokoleń rodziny Cabral. Oscar i jego siostra Lola mieszkają w Stanach Zjednoczonych. Ich matka Beli uciekła do tego kraju z Dominikany. Mówi się, że ścigało ją fuku - "klątwa i fatum Nowego Świata".

Kolejną rzeczą wyróżniającą tę książkę są przypisy. Długaśnie przypisy, opowiadające historię Dominikany pod rządami generała Trujillo. I choć w "Lalce" B. Prusa skrupulatnie omijałam pamiętniki Rzeckiego, to tutaj te historyczne wstawki czytałam z przyjemnością, choć temat to trudny. Może chodzi o to jak te przypisy zostały napisane. Dam taki oto przykład.

"Trujillo (zwany również El Jefe, Niewydarzonym Krowokradem i Popierdolem) taktował cały kraj, jakby był jego plantacją, a on jej właścicielem".

Od początku powieści  zastanawiałam się, kim jest ten subiektywny narrator.  Ciekawe jest to w jaki sposób opowiada on o bohaterach: próbuje ich zrozumieć, ponagla, poucza. A z drugiej strony podkreśla, że nie jest tylko obserwatorem, ale tworzy tę opowieść. W dodatku nie jest jedynym narratorem w tej powieści.

 "Biedna Beli. Niemal do końca wierzyła, że zjawi się Ganster i ją uratuje. Przepraszam, mi negrita, tak mi przykro, nie powinienem nigdy dać ci odejść. (Wciąż lubiła oddawać się marzeniom, w których ją ratuje)". 


Oczywiście teraz już wiem kim jest narrator, ale nie będę psuć Wam zabawy.

Świetna historia, a co do samego fuku, to jak powiedziała Lola nie ma czegoś takiego jak klątwy, samo życie  z jego problemami wystarczy.

"Jeżeli chcecie znać moje zdanie, takie rzeczy jak klątwy nie istnieją. Istnieje tylko życie".





czwartek, 28 sierpnia 2014

Sezon burz

O "Sezonie burz" krążą w sieci skrajne opinie. Postanowiłam przekonać się sama, czy książka warta jest zakupu. I nie, nie stanie obok całej serii przygód wiedźmina Geralda z Rivii.

Postać Wiedźmina została ostatnio rozpopularyzowana przez grę komputerową, czytałam też o planach nakręcenia serialu. Postaciami z gry komputerowej zostały nawet przyozdobione okładki jednego z ostatnich wydań Sagi. Pamiętam, że na spotkaniu autorskich, w którym uczestniczyłam, pan Sapkowski nie wyglądał na zbyt zadowolonego takim rozwojem sytuacji. Nie to, żeby nie cieszył się z zysków, ze sprzedaży praw autorskich, ale martwiło go, że części młodych czytelników Gerald kojarzy się tylko z grą komputerową. Nie słyszeli o pierwowzorze. Podejrzewam, że "Sezon burz" był próbą przypomnienia o sobie.

Przebicie się przez pierwszą część książki... to była udręka. Kilkukrotnie myślałam o tym, żeby dać sobie spokój i oddać ją do biblioteki. Czułam się tak jakbym czytała mało udany debiut literacki przypadkowego fana fantasy. Te wstawki nawiązujące do teraźniejszości zupełnie tam nie pasowały. To co miało być zabawne, wcale nie było śmieszne a czasami wręcz żenujące. Czyżby sam autor męczył się niezmiernie tworząc ten tekst? Bo czytelnik zmęczył się na pewno. Potem, gdzieś tak od połowy jest już lepiej. Akcja zaczyna płynąć w miarę wartko, tak jakby pisarz przypomniał sobie jak to należy robić. Jakby pierwsza połowa, to była tylko rozgrzewka. Ale w takim razie, czy nie lepiej by było po skończeniu całości wrócić i dopracować początek? Ciekawa jestem ile osób nie dotrwało do połowy książki. Mimo wszystko mam nadzieję, że skoro Sapkowski już się rozpędził, to powstanie kolejny tom, może tym razem lepszy.

środa, 22 stycznia 2014

Przez drogi i bezdroża: podróż po nowych Chinach

Dziennikarz Peter Hessler podróżował po północnej części Chin. Odwiedzał wioski wzdłuż wielkiego Muru i małe, wyspecjalizowane przemysłowe miasteczka. Hessler bardzo dużo miejsca w swojej książce poświęca opisom dróg w Chinach. Ma to sens, ponieważ rozwój sieci dróg wiąże się oczywiście z gwałtownym rozwojem gospodarczym tego kraju. Jednak mnie przemysł motoryzacyjny średnio interesuje (a Hessler pisze nie tylko o autostradach, ale też o firmach motoryzacyjnych, wypożyczalniach samochodów, kursach na prawo jazdy, przepisach ruchu itp.), więc akurat przy tej części książki się wynudziłam.

Hessler mieszkał przez parę lat w jednej z chińskich wiosek. Miał okazje zaprzyjaźnić się z młodym przedsiębiorcą, który założył pierwszy w wiosce pensjonat. Patrzył jak jego biznes się rozwija, a i cała gospodarka  regionu powoli zmienia się na lepsze. Opisał też proces powstawania fabryki. Była to fabryka części do biustonoszy. Poznajemy jej szefów, brygadzistę i szeregowych pracowników.

Wielu Chińczyków przywiązuje wielką wagę do szczegółów przez co umyka im całość problemu. Hessler opisał na przykład reakcje ludzi, którzy zostali wysiedleni z obszarów przeznaczonych na budowę nowej zapory. Chłopi nie mają prawa do swojej ziemi, więc urzędnicy mają ułatwione zadanie. Po ogłoszeniu wysiedlenia każde gospodarstwo zostało wycenione. Brano pod uwagę długość i szerokość domu, ilość drzewek owocowych i ich wiek, stan budynków. W urzędach zaczęli pojawiać się niezadowoleni chłopi, ale nie z racji samego wysiedlenia, ale na przykład tego, że źle oszacowano  wiek drzewek mandarynkowych rosnących w ich sadach. Tymczasem sprawa samej zapory pozostawała niejasna. Nie wiadomo było kto w to zainwestował i czy na pewno przyniesie to zysk całemu regonowi. Hessler pisze, że w Chinach rocznie odbywa się kilkadziesiąt tysięcy protestów ale zawsze dotyczą one właśnie takich jednostkowych spraw, nigdy ludzie nie domagają się zmian systemowych, nie starają się wpłynąć na politykę rządu.

Hessler zwrócił tez uwagę jak bardzo Chińczycy są przesądni. Mimo tego ogromnego skoku cywilizacyjnego mocno zakorzenione są pewne nawyki i przekonania. Jest na przykład szereg zaleceń, kiedy nie należy pić płynów. Dlatego wiele osoób jest odwodnionych, bo wiernie trzymają się tym zaleceniom. Popularne jest też wróżbiarstwo i  numerologia.

Ogólnie książka warta polecenia. Chociaż mnie brakowało trochę więcej opisów życia zwykłych ludzi. Czyli tego co się dzieje w domach, a nie na drogach.

Myślę, że Hessler chciał pokazać jak zmieniają się całe Chiny, w jaki sposób działa gospodarka, a także jak rząd jest w stanie trzymać taki wielki kraj w ryzach.

wtorek, 21 stycznia 2014

Dziewczyna z poczty - Stefan Zweig

"Czyż w długie puste przedpołudnia nie marzyłam, by kiedyś wreszcie zrzucić te bezsensowne kajdanki i wycofać się z tego morderczego wyścigu z czasem? I by wreszcie odpocząć, mieć dużo, dużo czasu, a nie, jak zawsze, tylko jego porwane strzępki, tak pocięte, że można skaleczyć nimi palce".
Christine jest skromną urzędniczką. Pracuje na poczcie, gdzieś w zapadłej dziurze. Dodatkowo opiekuje się chorą matką. I liczy, przelicza, każdego dnia dokładnie sprawdza, czy wystarczy jej pieniędzy na podstawowe potrzeby. "To za drogo, za drogo" - zdanie, które prześladuje ją od czasów wojny. To wegetacja, nie życie. Bez przyszłości, nadziei, marzeń. Nagle dostaje telegram od swojej ciotki, która zaprasza ją  na urlop do luksusowego kurortu. Tam Christine z Kopciuszka zmienia się z królową balu. Na te kilka dni staje się kimś innym. Chłonie życie zachłannie, pełną piersią. Podniecenie, radość i energia zdaje się rozsadzać ją od środka. Wszystko się zmienia, wszytko od teraz będzie inne. Musi się udać, przecież los nie może być taki okrutny. A może jednak...

JEŻELI KTOŚ NIE CZYTAŁ POWIEŚCI, TO NIECH NIE CZYTA DALEJ
 !!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!


Mimo tego, że interpretacja zakończenia zależy chyba od nastawienia do życia czytelnika, a moje jest całkiem optymistyczne, to lektura ta zastawiała ciężki, depresyjny osad. Sprawiły to opisy, wspaniałe zresztą, życia w beznadziei i rozpaczy. Mimo, że to lata dwudzieste ubiegłego wieku, to opowieść Ferdinanda o swoich wędrówkach od pracodawcy do pracodawcy, wystawaniu w kolejkach w urzędzie pracy brzmią i dzisiaj znajomo. Myślę też, że nie ma znaczenia czy Christinie i Ferdinandowi się udało. Czy ukryli się we Francji i żyli długo i szczęśliwie, czy może oboje zakończyli życie w jakimś hotelu, a może jeszcze w pociągu. Ważne, że w ogóle spróbowali. Dali sobie nadzieję. To jest najważniejsze. Czy książka "Dziewczyna z poczty" chwali pracowitość i prawość? Nie w żadnym wypadku, nie. Raczej zdaje się potwierdzać teorie, że pierwszy milion trzeba ukraść. Jest może pochwałą życia rodzinnego? Nie bardzo. Scena w której rodzina przychodzi na pogrzeb z pustymi torbami na rzeczy matki jest bardzo wymowna. Nie przypominam sobie, żeby w powieści gdzieś było wspomniane, że rodzeństwo pomagało Christinie w opiece nad matką, ale po jej śmierci zgłosili się po te resztki z jej majątku. A może czystości i cnoty? Jak widać na przykładzie ciotki Christine też nie bardzo. W końcu ta dorobiła się majątku uwodząc żonatego mężczyznę. Sama zresztą zachowała się wobec swojej siostrzenicy jak dobra pani z opowiadania Elizy Orzeszkowej. To może jest to powieść o sile miłości? Może trochę. Nie wiadomo na ile chodzi o siłę uczucia, a na ile o lęk przed samotnością. Niech więc będzie, że chodzi o pokrewieństwo dusz, o wspólne bycie ze sobą.

Myślę, że poszukam kolejnej powieści Zweiga, choć może nie od razu. Dam sobie chwilę wytchnienia.

poniedziałek, 2 grudnia 2013

Czarostatki i parodzieje - spotkanie z Pawłem Pawlakiem

W sobotę byłam na spotkaniu z panem Pawłem Pawlakiem, które odbyło się w ramach Salonu Ciekawej Książki organizowanej corocznie w Łodzi. Była ku temu okazja, bowiem niedawno ukazały się "Czarostatki i parodzieje", książka obrazkowa z małą ilością tekstu. Kiedy ją kupowałam miałam nadzieję, że tekstu nie ma w niej wcale. Autor zdecydowała się jednak na małe wprowadzenie w akcję, na kilku stronach przed stroną tytułową. "To takie intro jak w Bondzie" - miał powiedzieć mały chłopiec w czasie rozmowy z autorem.

W trakcie spotkania dowidziałam się, że miała być to książka o chmurach. Pan Pawlak po prostu chciał namalować chmury, taką miał potrzebę. Chmury są piękne, układają się w różne kształty. Trzeba było tylko wymyślić do tego historię. Potem pojawiła się Zosia i jej ulubiona maskotka owieczka Tosia. W książce jest informacja, że opowieść ta jest oparta na prawdziwych wydarzeniach. Bo i Zosia jest prawdziwa i naprawdę zginęła jej ulubiona maskotka, zresztą prezent od państwa Pawlaków. Rozpacz dziewczynki był wielka, trwały gorączkowe poszukiwania. W końcu Tosia odnalazła się w przedszkolu, upchana do sąsiedniej szafki.

Czarostatki to niezwykłe latające obiekty, olbrzymy z kominami na plecach. Był też pomysł na porodzieje, ale w końcu wypadł z książeczki.

  
 Tak miały (mieli?) wyglądać parodzieje.

 Bardzo spodobał mi się sposób w jaki autor Czarostatków prowadził spotkanie. Przyniósł zagraniczne publikacje, które go zainspirowały. Były to książki obrazkowe bez słów. Pięknie namalowane historie.  Pokazał też wstępne szkice, także te, które nie znalazły się w książce. Opowiadał dlaczego zrezygnował z niektórych pomysłów, jak historia się zmieniała. Wspaniale było tak podejrzeć warsztat, znanego przecież na całym świecie,  ilustratora. Tutaj można podejrzeć ilustracje z książki.

"Czarostatki i parodzieje" wydało wydawnictwo Tatarak. Polecam na prezent do wspólnego opowiadania. 





piątek, 1 listopada 2013

Pasażerka ciszy - Fabienne Verdier

Wspaniała książka. Ciekawa, napisana pięknym językiem. To wspomnienia z Chin malarki Fabienne Verdier. Autorka spędziła tam 10 lat. Fabienne początkowo studiowała we Francji. Interesowała się malarstwem przyrody i kaligrafią. Znajomy ciotki poradził jej, że powinna uczyć się w Chinach, kraju o bogatej tradycji kaligrafii. Fabienne nauczyła się trochę po mandaryńsku, poznała pobieżnie historię Chin i zaczęła starać się o stypendium. Udało się. Nie mogła doczekać się wyjazdu.

"Wyjeżdżałam do kraju literatów i malarzy, kraju wyrafinowania i poezji, mądrości i wyszukanej kuchni" (1).

Podróż rozpoczęła się od trudności. Już po tym, co ją spotkało w czasie międzylądowania w Pakistanie większość z nas wróciła by do domu. Ale Fabienne była zdeterminowana. Dotarła do Pekinu, a potem do Syczuanu, gdzie podjęła studia. Nie była przygotowana na spartańskie warunki jakie zastała w domu studenta, mimo, że przecież była uprzywilejowana. Jedyna zagraniczna studentka w Syczuanie. Partia obserwowała ja cały czas, innym studentom nie wolno było z nią rozmawiać, miała zakaz uczenia się miejscowego języka. Wszyscy liczyli, ze szybko się podda i wyjedzie. Tymczasem Fabienne skończyła 6-letnie studia. Pomimo wszytko, mimo choroby, izolacji, trudnych warunków życia. Odnalazła też swojego mistrza kaligrafii. Kiedy czytałam wspomnienia z zajęć z mistrzem Huangiem przypomniały mi się hollywoodzkie filmy o mistrzach kung-fu i ich uczniach. Gdzieś na końcu świata, żyjący w ascezie wielcy wojownicy przekazują swoją tajemna wiedzę wybranym. Tutaj też wyglądało to podobnie, tyle, że wydarzyło się naprawdę. Huang zgodził się uczyć Fabienne, ale tylko wtedy jeżeli nauka ta potrwa dziesięć lat. Lata studiowania technik kaligrafii, podstaw chińskiej myśli i filozofii.

Fabienne opowiada o drodze, którą przeszła, aby stać się dojrzałą malarką, o ludziach, których spotkała. Bo Chiny, do których dotarła nie były krajem z jej wyobrażeń. To były Chiny po Rewolucji Kulturalnej, kiedy to niszczono wszystko co powstało wcześniej, a uczeni, artyści, intelektualiści były prześladowani, niszczeni psychicznie i fizycznie. Fabienne odwiedziła wielu takich zapomnianych, skrzywdzonych artystów. Wokoło widziała potworną biedę, z pobliskiej wyspy słychać było huk wystrzałów zbiorowych egzekucji kryminalistów, których niekiedy jedyną zbrodnią było ukradzenie dwóch melonów. Mimo tego Fabienne nadal wierzyła w siłę i sens tworzenia piękna, zachowując pokorę wobec życia.

"Często słyszę pytania, jak przez długie lata spędzone w Chinach zdołałam znieść tak trudne warunki, dlaczego nie wyjechałam stamtąd jak wielu innych [...] Różnica polega na wytrwałości, żelaznej woli kontynuowania. Jedni, zadowoleni, zatrzymują się w połowie drogi; drudzy nadal poszukują, aż znajdą [...] W Chinach wykształciłam się w pewnym stylu malarskim, ale być może przede wszystkim ukształtowałam swój umysł, nauczyłam się nim kierować, aby wreszcie wydorośleć" (2).


1. Pasażerka ciszy: dziesięć lat w Chinach / Fabienne Verdier. Warszawa: WAB, 2007. s. 23
2. Pasażerka ciszy: dziesięć lat w Chinach / Fabienne Verdier. Warszawa: WAB, 2007. s. 290-291. 

środa, 14 sierpnia 2013

1Q84 - Haruki Murakami

"[...] książka musi mieć coś, czego ja nie potrafię do końca zrozumieć. Bo wiesz, ja wśród powieści najbardziej cenię te, których nie mogę do końca zrozumieć. To, co potrafię zrozumieć, ani trochę mnie nie interesuję. To oczywiste, nie? Prosta sprawa" (1).

Zazwyczaj powieści z rodzaju realizmu magicznego bywają interesujące na początku, ale gdzieś tak w połowie zaczynam się nudzić.  Tym razem tak nie było. Pochłonęłam te ponad tysiąc stron w 6 dni, poświęcając na to każdą wolną chwilę. Zacytowałam ten konkretny fragment, bo kiedy do niego natrafiłam, postanowiłam potraktować go jako wskazówkę. Przygotowałam się na skomplikowaną fabułę, ale na szczęście książkę czytało się lekko. Nie jest to powieść dla każdego. Znam dwie osoby, miłośników fantastyki zresztą, które w trakcie naszej rozmowy powiedziały, że "tego nie da się czytać". Owszem, da się, tylko trzeba się przygotować na pewną konwencję.

 "Ta historia była jak fantastyczna bajka, lecz pod jej powierzchnią płynął niewidzialny, silny i ciemny nurt (2).

W realizmie magicznym świat rzeczywisty miesza się z elementami jak ze snu (może to też być koszmar). 1Q84 w niektórych momentach przypominała mi filmy Davida Lyncha. Na pozór wszystko wygląda tak jak powinno, aż tu nagle wyskakuje karzeł, nie dosłownie oczywiście. W 1Q84 taką rolę pełnią Mali Ludzie. Brzmi bajkowo? Tak naprawdę, to książka porusza poważne tematy: przemoc wobec kobiet, sekciarstwo. Występujące w powieści organizacje: Zbór Świadków, Akebono, Sakigake przypominają istniejące sekty i kościoły. Mali Ludzie są odpowiedzią na Big Brothera z powieści Georga Orwella. Wspaniałe w tej powieści jest to, że każda z pierwszoplanowych postaci ma za sobą ciekawą historię. To złożone charaktery, a przez to bardzo interesujące.

Ostatnio nabrałam dobrego, jak się okazuje, nawyku nie czytania opisów z okładki przed skończeniem książki. Nawet jeżeli jakieś zdarzenie występuję na początku powieści, to wcale nie oznacza, że należy o tym "trąbić" w opisie. Ja tam lubię być zaskakiwana. Podobny problem jest zresztą z recenzjami. Ja zawsze staram się tak pisać, żeby jak najmniej zdradzić. Więc jeżeli zamierzacie przymierzyć się do czytania 1Q84, to nie czytajcie opisów z okładki. Opis z pierwszego tomu zdradza początek, z drugiego koniec (!) i podaje nieprawdziwe informacje co do świata powieści, o czym później, a ostatni naprowadza czytelnika w jakim kierunku będzie postępować akcja. Nieładnie, oj nieładnie. Dobrze, ale muszę choć trochę  napisać, o czym właściwie jest ta książka.

Mamy dwa światy: 1984 (nawiązanie do powieści Orwella) i 1Q84 (q jak question). Nie są to światy alternatywne, wbrew temu co napisali na okładce! Najlepiej tłumaczy to Leader Akebono:

"To nie jest żaden równoległy świat. To nie jest tak, że gdzieś tam jest rok 1984, a to jest jego odgałęzienie, rok 1Q84, i rozwija się równolegle. Roku 1984 już nigdzie nie ma. I dla ciebie, i dla mnie teraz istnieje już tylko jeden czas w roku 1Q84"(3). 

 Leader porównuje czas do toru jazdy pociągu. W pewnym momencie maszynista myli się i przekłada zwrotnice nie na ten tor co potrzeba. Ten właściwy biegnie tuż obok. Z pociągu widać te same krajobrazy, ale jednak nasz pociąg pojechał innym torem. Subtelna różnica, ale znamienna w skutkach.

Bohaterami pierwszych dwóch tomów (w trzecim dochodzi jeszcze jedna osoba) są Tengo - pisarz i matematyk, oraz Aomame, instruktorka w klubie fitness. Ich opowieści przeplatają się.  Aomame jadąc taksówką przez zakorkowaną autostradę  robi coś nieoczywistego i nagle wiadomo, że coś się zmieniło w rzeczywistości. Na początku jej życie biegnie utartym torem, do czasu...

Tengo prowadzi spokojnie kawalerskie życie. Pisze do szuflady, nigdy nie publikuje. Pewnego dnia zaprzyjaźniony redaktor składa mu niezwykłą propozycje. Ma poprawić powieść napisaną przez siedemnastolatkę, o dziwnym tytule "Powietrzna poczwarka". Wkrótce autor poznaje samą autorkę Fukaeri. Dziewczyna jest trochę dziwna. Może nawet wygląda na trochę opóźnioną, przy tym jest bardzo ładna, taką oryginalną, niepokojącą urodą. Ona też, mimo, że taka młoda, ma ciekawą przeszłość. Tengo zafascynowany  "Powietrzna poczwarką" poznaje powoli historię życia Fukaerii, i  banalnie napiszę, że okazuje się, że niektórych historii może lepiej nie poznawać.



(1) 1Q84. T.1 / Haruki Murakami. Warszawa : Warszawskie Wydawnictwo Literackie Muza, 2010, s. 34.
(2) 1Q84. T.2 / Haruki Murakami. Warszawa : Warszawskie Wydawnictwo Literackie Muza, 2010, s. 335.

(3) 1Q84. T.2 / Haruki Murakami. Warszawa : Warszawskie Wydawnictwo Literackie Muza, 2010, s. 223.

środa, 17 lipca 2013

Najlepsze seriale detektywistyczne

Postanowiłam napisać ten post z kilku powodów. Przede wszystkim dla samej siebie, żeby mogła w każdej chwili sobie przypomnieć, co już widziałam, albo który serial próbowałam oglądać, ale nie do końca mi odpowiadał. Po drugie dla osób takich jak ja, które bezskutecznie szukały propozycji dobrych seriali detektywistycznych na polskich forach internetowych. Po trzecie mam nadzieje, że znajdzie się osoba, która po obejrzeniu mojej listy, odnajdzie na niej swoje ulubione tytuły i sama zaproponuje mi coś ciekawego do obejrzenia, bo i coraz trudniej znaleźć mi coś nowego. Jeżeli będę chciała dołączyć nowy tytuł, to uzupełnię ten post, bez tworzenia nowego. Tak będzie wygodniej.

Jakich seriali nie będzie na pewno na mojej liście? Przede wszystkich polskich. Nie interesują mnie też seriale bardzo brutalne, ani te których akcja rozgrywa się głównie w prosektorium. Odpadają seriale dla widzów o mocnych nerwach. Wolę takie, w których najważniejsza jest zagadka, detektywi dochodzą do rozwiązania dzięki dedukcji, a najlepiej jeszcze, żeby serial był choć trochę zabawny.

Chciałabym podziękować autorowi tego wpisu, bo to jedyne zestawienie z jakiego skorzystałam. Mam nadzieję, że moja lista też się komuś przyda.
Zaczynamy! Lista naszych ulubionych seriali, tych, których obejrzeliśmy wszystkie sezony i chcielibyśmy skandować: jeszcze, jeszcze!

Detektyw Monk (2002-2009) - Adrian Monk, ze swoją obsesją natręctw potrafi być bardzo irytujący. Nie wiadomo jak jego osobista pielęgniarka i psychiatra z nim z nim wytrzymuję. Nie da się jednak ukryć, że jest  przy tym znakomitym detektywem. Sposób w jaki dochodzi do rozwiązania sprawy czasami wygląda jak magia. Tak pomysłowi są przestępcy z którymi ma do czynienia. Jeżeli chodzi o innych bohaterów serialu, to naszym ulubieńcem jest oficer Randy - niewątpliwie akcent humorystyczny serialu. Odcinek w którym Monk pod przykrywką wstępuje do sekty a potem próbuje nawrócić Randiego - obłędny :)

New Amsterdam (2008) - niestety jest tylko jeden sezon. Jeżeli jesteście fanami serialu Gra o Tron, to wart wspomnieć, że bohatera serialu gra ten sam aktor, który wcielił się w rolę Jaimiego Lannistera, czyli Nikolaj Coster-Waldau. John Amsterdam jest  śledczym wydziału zabójstw. Poza tym jest... nieśmiertelny. Ciąży nad nim klątwa. John nie zestarzeje się i nie umrze dopóki nie pokocha naprawdę. Amsterdam imał się wielu zawodów, w końcu
został agentem CIA. Poszukiwanie prawdziwej miłości to motyw przewodni serialu, a każdy odcinek to oczywiście kolejna rozwiązana sprawa. W jego pracy pomaga mu  wiedza i umiejętności zebrane przez, bagatela, 400 lat życia. To naprawdę był dobry pomysł, szkoda, że przerwano produkcje serialu.
 
Detektyw Murdoch (2008-) - to serial detektywistyczny w stylu retro. Przenosimy się do Toronto do roku 1890. Koniec XIX wieku, to czas wynalazków. Detektyw William Murdoch wykorzystuje w swojej pracy ostatnie osiągnięcia techniki, ale sam jest jest również wynalazcą. Za pomocą ówczesnej technologii tworzy prototypy znanych nam urządzeń.  William jest eleganckim i przystojnym mężczyzną za którym oglądają się kobiety.  Jedną z nich jest koronerem, rzecz niezwykła w tamtych czasach. To Julia Ogden. William zakochuje się, ale ich wzajemne relacje szybko się komplikują. Ten serial to też gratka dla fanów filmów kostiumowych. Ach te długie suknie i urocze drobiazgi.

Życie na Marsie (2006-2007) - nie, to nie serial sci-fi, choć początek może mylić. Tytuł wziął się od tytułu przeboju z lat 70-tych. To miniserial BBC, jedyny z wymienianym przeze mnie seriali, który oglądała dwa razy. Sam Tyler, pracownik policji w Manchester zostaje potrącony przez samochód i... budzi się w 1973 roku. Przy sobie ma dokumenty, z których wynika, że został przydzielony do pracy w miejscowym komisariacie. To to samo miejsce w którym pracował ponad 40 lat później, tylko no właśnie - zupełnie odmienione przez realia tamtego okresu. Sam początkowo myśli, że to żart, a może halucynacje. Jednak co rano budzi się w pokoju ze starym telewizorem i stylistyką lat 70-tych. Bez przerwy wpada w kłopoty, bo nie może się przestawić na sposób myślenia ludzi, którzy byli policjantami w czasach, kiedy on był jeszcze małym dzieckiem.  Komendant Hunt (typ brutalnego macho)  ma do niego dużo zastrzeżeń, ale jednemu nie może zaprzeczyć: Sam jest świetnym detektywem.

Ashes to ashes (2008-2009) - to kontynuacja Life on Mars. Tytuł to tez nawiązanie do znanego przeboju. Tym razem mamy lata 80-te, a trafia do nich pani psycholog Alex Drake. Alex jest w trochę lepszej sytuacji, bo była lekarzem Sama, choć oczywiście uważała całą historie, za jedną wielką bzdurę, a tymczasem niespodziewanie sama staje oko w oko z komendantem Huntem. Ja wolałam oglądać "Life on Mars" z przystojnym Johnem Simmem, mój mąż" Ashes to ashes" z długonogą Keeley Hawes jako Alex Drake. Co kto lubi. Jednak warto oglądać po kolei.

Life (2007-2009) - kolejny świetny miniserial BBC. Charlie Crews, po 12 latach przebywaniu w więzieniu za zbrodnie, której nie popełnił, zostaje uniewinniony. Otrzymuje olbrzymie odszkodowanie i zamiast zaszyć się na plaży na Karaibach wraca do pracy w policji. Oczywiście jest teraz zupełnie innym człowiekiem. W dodatku bardzo bogatym. Może pozwolić sobie na dystans, czy nawet odrobinę cynizmu. Najwyraźniej jednak potrzebuje tej pracy i nadal jest świetnym detektywem.

Veronika Mars (2004-2007) - akcja serialu rozgrywa się w amerykańskim ogólniaku. Uczniowie, to dzieci bogatych i sławnych rodziców. Nie zrażajcie się jednak, to naprawdę serial detektywistyczny, w dodatku bardzo dobry. Wątek miłosny też oczywiście jest, i trochę faktów z życia ogólniaka, ale przede wszystkim mamy zagadki do rozwiązania. Każdy sezon ma swój motyw przewodni, który w ostatnim odcinku znajduje rozwiązanie. Bardzo to miłe ze strony scenarzystów. Bohaterką jest tytułowa Veronika, córka detektywa. Pomaga ojcu w pracy, oczywiście nieoficjalnie. Przy okazji dorabia sobie załatwiając różne zlecenia od kolegów ze szkoły.

Magia kłamstw (2009-2011) - Dr. Cal Lightman jest specjalistą od odczytywania mowy ciała. Dostrzega grymasy twarzy zupełnie niewidoczne dla osób niewtajemniczonych. Na ich podstawie jest w stanie stwierdzić jakie uczucia kryją się naprawdę w sercach przesłuchiwanych osób. Serial specyficzny. Pokochacie go od pierwszego odcinka, albo postać grana przez Tima Rotha was odrzuci. Ale spróbować warto.

White Collar (2010 - 2013) - jeżeli jakiś serial można byłoby  nazwać rodzinnym, to chyba ten. Średnia ilość trupów na sezon - jeden, no może dwa ;) Neal Caffrey zanim trafił do więzienia był znanym oszustem. Teraz dostaje drugą szansę od agenta FBI Petera Burke. W zamian za wolność ma odtąd pomagać agencji. Peter jest jego opiekunem. Stanowią razem ciekawą parę. Peter - rozsądny, ustatkowany, praworządny ; Neal - niebieski ptak, za to niezwykle uzdolniony. Wspomniałam już, ze trupów w serialu jak na lekarstwo. Neal i Peter tropią oszustów podatkowych, złodziei, fałszerzy. Ludzi w białych kołnierzykach (w języku angielskim to określenie, na pracowników umysłowych).

Sherlock (2010-) - wersja BBC oczywiście, z obłędnym Benedyktem Cumberbatchem w roli Sherlocka Holmesa. Detektyw Holmes jest ekscentrykiem, z którym prywatnie nie sposób wytrzymać. Oczywiście doktor Watson daje radę, ale to wyjątek. Żałuję tylko, że sezony takie krótkie!
Death in Paradise (2011-) Jeżeli macie ochotę na serial w stylu powieści Agaty Christie, to będzie dobry wybór. Inspektor Richard Poole został przeniesiony z Londynu do komisariatu na jednej z wysp karaibskich. Może kto inny pomyślałby sobie, że wreszcie jest na zasłużonych wakacjach, ale nie policjant Poole. W największe upały chodzi w eleganckim garniturze i znajduje mnóstwo powodów do narzekań. No chociażby herbata, okropieństwo, zupełnie nie to co w Londynie. Sprawy jednak rozwiązuje bezbłędnie. Jak bohater powieści A. Christie - Herkules Poirot,  zbiera zainteresowane osoby w jednym miejscu i tłumaczy wszystkim, że to co widzieli, tak naprawdę było zupełnie czymś innym, a mordercą jest...

Castle (2009-) Tym razem bohaterem jest nie policjant, ani agent służb specjalnych, tylko... pisarz. Richard Castle, zarobił krocie na sprzedaży swoich powieści kryminalnych. Ma talent, ale potrzebuje muzy. Dzięki znajomości z burmistrzem dostaje możliwość obserwowania pracy detektyw Kate Beckett. Kate nie jest zachwycona, że wszędzie musi za sobą ciągnąć Richrada. Castle działa jej na nerwy. On sam czuje się w nowej sytuacji doskonale, funduje sobie nawet kamizelkę kuloodporną z napisem "writer". Jego pomysły są szalone, ale niektóre z nich o dziwo się sprawdzają.

Na koniec lista seriali porzuconych. Czasami obejrzeliśmy nawet po całym sezonie, ale porzuciliśmy go na zasadzie: może do niego wrócimy jak nie będzie niczego lepszego:
Burn notice
Mentalist
The killing
Copper
Unforgettable

Teraz testujemy: Elementary, Psych, Criminal Minds, Morderstwa w Midsummer. Za jakiś czas pewnie dołączymy je do którejś z list.

piątek, 5 lipca 2013

Armada - Polowanie

Byłam pewna, że "Ostateczna rozgrywka" to ostatni tom serii, a tu proszę - niespodzianka.  Ostatnie tomy przed "Ostateczną rozgrywką" były trochę słabsze. Zastanawiałam się nawet czy nie przestać kupować Armady. Potem dowiedziałam, że został wydany tom ostatni, a głupio byłoby mieć cały cykl bez zakończeniu. Okazuję się jednak, że to jeszcze nie koniec. Widać za dobrze się sprzedawała, albo autorzy nie mogli jednak rozstać się ze swoją bohaterką. Tak więc bierzemy drugi oddech i zaczynamy nową opowieść, mam nadzieję, że będzie warto.

Navis z własnego wyboru zostaje bez stałego zatrudnienia, a z czegoś trzeba żyć. Dlatego zgłasza się do konkursu ogłoszonego przez właściciela niewielkiej asteroidy. Ma tam stanąć rozległa posiadłość, ale najpierw trzeba ją oczyścić z drapieżników. Navis jest w marnej sytuacji finansowej, postanawia więc sobie dorobić.

Ten tom można w zasadzie czytać samodzielnie, bez znajomości poprzednich. Autorzy pewnie "biorą rozbieg". Dla niewtajemniczonych, Armada to seria science-fiction, która ma już w tym momencie 15 tomów. Podziwiam twórcę rysunków za bogatą fantazję, dzięki której zaludnia statki Armady niezliczoną ilością istot rozumnych wyglądających jak na obce istoty przystało oryginalnie, czasami dziwacznie, często niepokojąca. Oto kilka przykładów:

W 14 tomie pojawił się super zabójca. Obcy z Nostromo przy nim to doprawdy niegroźne stworzenie.


Kolekcjoner, jeden z nielicznych ocalałych przedstawicieli swojej rasy, o niezwykłych zdolnościach telepatycznych. Prywatnie miłośnik kobiecych (?) kształtów.


Czy międzygalaktyczna terrorystka.

"W trybach rewolucji", czyli część trzecia to nadal moja ulubiona część Armady. Może dlatego, że czytałam ją jako pierwszą, a może jest po prostu dobra. 

środa, 3 lipca 2013

Zaduszki - Rutu Modan

Przyłączam się do chóru pochlebnych opinii - ten komiks jest po prostu świetny. Trochę nostalgiczny, ale przede wszystkim zabawny i ciepły.

Mika towarzyszy w podróży do Warszawy swojej babci Reginie. Starsza pani oficjalnie przyjeżdża aby odzyskać przedwojenną posiadłość a naprawdę... cóż nie będę zdradzać. Powiem tylko, że na stronie przedtytułowej autorka Rutu Modan umieściła motto: "Rodzinie niekoniecznie mówi się całą prawdę i nie znaczy to, że się kłamie". A prawda potrafi być bardzo ciekawa. Babcia Regina jeszcze na lotnisku bardzo pewna siebie, nagle w po przejrzeniu książki telefonicznej w hotelowym pokoju robi się niespokojna. Mika zaczyna nawet podejrzewać ją o atak histerii. Martwi się o babcię, tym bardziej, że ta  chętnie znika jej z oczu. Sprawia wrażenie jakby chciała pozbyć się wnuczki. Na szczęście Mika nie ma czasu na zamartwianie się, bo sama nawiązuje nową znajomość. Obie panie Segal przeżyją w czasie tej podróży niezwykle emocjonujące chwile. Zachęciłam? Mam nadzieje, że tak.

Jeden z zabawnych fragmentów:




Zaduszki / Rutu Modan
Kultura Gniewu, 2013.

sobota, 29 czerwca 2013

Daógópak: księga pierwsza: Anatolijskie tournée

Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie ten gadający wieprz. Doprawdy, zupełnie nie wiem po co w scenariuszu te dwa gadające zwierzaki. Może  postacie świni opijusa i gąsiora samochwały miały dodać szczyptę humoru do komiksu. Dla mnie jednak ten rubaszny humor  jest ciężkostrawny. Akcja nic by nie straciła bez tych dwóch figur, a moim zdaniem jeszcze zyskała. Dobrze, ale od początku.

"Anatolijskie tournée" zostało wydane przez Nebeskey, projekt wydawniczy, który ma za zadanie przybliżyć komiks ukraiński, najlepiej opowieści zawierające elementy mitów, legend i historii Ukrainy.

Dwóch kozaków: Oleś i Taras rusza w podróż, aby ocalić swoich rodaków z niewoli u sułtana. Ta para, to coś jak Kmicic z Zagłobą, tyle, że ten drugi nie taki zabawny, a pierwszy nie aż tak narwany. Postać kobieca oryginalna, jak na opowieść z Siczy, bo to kobieta-wojowniczka Ari-San. Ciekawe czy to wpływ powieści Akunina? Tak się tylko zastanawiam, wprawdzie tam wojownikiem obrońcą był Japończyk, a nie Japonka, ale idea ta sama. Nie pomyślcie sobie tylko, że ten komiks mi się nie podobał. Wręcz przeciwnie. To bardzo porządna przygodówka. Tylko ta świnia nieszczęsna, a mogłoby być tak pięknie.

piątek, 28 czerwca 2013

Świat czarownic - Andre Norton

Kupiłam, bo i grzechem byłoby nie nabyć książki za dziesięć złotych, tym bardziej, że to ponoć klasyk. Andre Norton to tak naprawdę Alice Norton. Ponoć inna amerykańska pisarka Ursula Le Guin długo jej miała za złe ten literacki pseudonim. Bo jak to tak? Ona walczyła dzielnie z opinią, że kobiety nie piszą dobrej fantastyki, a Alice poszła na łatwiznę. Trzeba pamiętać, że mówimy o latach sześćdziesiątych. 

Świat czarownic, to pierwszy tom dłuższego cyklu Estcarp. Bohater powieści Simon niespodziewanie przenosi się do innej rzeczywistości. Skoro to fantastyka, to ten drugi świat jest pełen magi. Żyje na nim kilka ras ludzi różniących się wyglądem i umiejętnościami. Simon staje się obywatelem Estcarpu, tytułowego świata czarownic. Jego umiejętności byłego żołnierza  nie idą na marne, bowiem nadciąga zło, klasycznie zresztą z północy. Mieszkańcy Estcarpu muszą przygotować się do wojny.

Powieść na dwa wieczory, wartka akcja, ciekawie skonstruowany świat (dobrze, że jest mapka). Wątek miłosny dość oczywisty. Jak dla mnie wybrance serca Simona trochę brak osobowości. Tego skąd pochodzą przybysze z północy można w zasadzie łatwo się domyślić. Chociaż może się zdziwię, nie wiem. Przecież to dopiero pierwszy tom. Wolałabym mniej magi, a więcej polityki, ale to pewnie wpływ "Gry o tron".  Świat stworzony przez panią Norton ma potencjał, mam nadzieję, że dalej będzie tylko lepiej.

środa, 5 czerwca 2013

Wszystko dla pań - Emil Zola

Warto wracać do klasyki. Przynajmniej raz do roku, najczęściej w porze jesienno zimowej mam nabieram ochoty na dziewiętnastowieczną powieść realistyczną. Zwykle był to Balzac, teraz postanowiłam spróbować z Zolą i to był znakomity wybór!

Naprawdę lubię te szczegółowe opisy pomieszczeń, ulic czy garderoby. Z lektury Ojca Goriot, pierwszej tego typu powieści, którą przeczytałam,  zapamiętałam najlepiej opis pokoju śniadaniowego w pensjonacie, w którym zatrzymał się Rastignac, a dokładnie porcelanowej zastawy śniadaniowej, z której jedna filiżanka miała uszczerbiony brzeg. To ciekawe, bo zwykle zupełnie nie mam pamięci do szczegółów. Ale wracając do powieści. Tutaj mogłam nacieszyć się  do woli opisami wystaw, stoisk, w końcu  damskiej toalety. W końcu to opowieść o narodzinach wielkich magazynów handlowych i śmierci drobnych handlarzy. "Wszystko dla pań" to nazwa magazynu założonego przez bezwzględnego i jednocześnie genialnego młodego wdowca Oktawiusza Mouret.

Oktawiusz zainwestował w sklep majątek swojej zmarłej żony (podobna historia jak w "Lalce" Prusa). I podobnie jak Stasiu Wokulski okazał się być genialnym przedsiębiorcą. Dla jednych jego sklep Wszystko dla pań był szansą na przeżycie, dawał bowiem zatrudnienie setkom osób, dla drobnych sklepikarzy jednak stał się przekleństwem. Zrujnował bowiem okoliczne sklepy z damską odzieżą. Zola zadał sobie wiele trudu, żeby opisać jak to wszystko funkcjonowało. W jaki sposób Mouret manipulował klientami i personelem własnego sklepu. Jak budował potęgę. Jest oczywiście i wątek miłosny - jak z bajki o Kopciuszku. W sklepie podejmuje pracę uboga sierota Denise. Co dalej łatwo się domyśleć. 

Dlaczego warto przeczytać? Świetne opisy charakterów różnych postaci. W powieści mamy i zakuhopoliczki, surowe gospodynie domowe, cyniczne damy i drobnych cwaniaczków.  Dodatkowo, jak ktoś lubi bajki o ubogich niewiastach o złotym sercu i bogatych draniach, to powieść Wszystko dla pań jest jak znalazł. Ja przy czytaniu bardzo dobrze odpoczęłam.

wtorek, 4 czerwca 2013

Spryciarz z Londynu i Długa Ziemia - Terry Pratchett

Dzień dobry po dłuższej przerwie. Jest teraz ze mną przyczyna mojej nieobecności,  czyli moja kochana trzymiesięczna córeczka. Będę pewnie teraz rzadziej, choć oczywiście będę się starała tu zaglądać.

Zastanawiałam się przez jakiś czas, czy warto czytać powieści spoza Świata
Dysku. Próbowałam wcześniej z kilkoma tytułami wydanymi przez Rebis i nie byłam szczególnie zachwycona. Przeczytałam jednak pozytywne recenzje w "Nowej Fantastyce" i postanowiłam jednak dać szanse i
Długiej Ziemi i Spryciarzowi. Porównanie wyszło na  korzyść tego pierwszego tytułu.

Spryciarz z Londynu to powieść przygodowa, której akcja dzieje się w dziewiętnastowiecznym Londynie. Terry Pratchett napisał w posłowiu, że chciał pokazać Londyn z czasów, kiedy był on bardziej niebezpieczny niż Nowy Jork. Gangi nowojorskie to było ponoć nic w zderzeniu z tymi z londyńskich zaułków. Dodger, bohater powieści żyje z tego, co znajdzie w kanałach miasta. Nie narzeka na swój los. Jest sprytny, bardzo utalentowany, ale i miłosierny. Zdarza mu się pomóc nieznajomym w potrzebie, co przysparza mu sławy i przyjaciół. Ratuje też damę w potrzebie, piękną Symplicję, a potem jego życie nabiera tempa. Nie powiem całkiem przyjemna lektura, nawet kilka razy się uśmiałam. Mimo tego czegoś mi brakuje.

Długa Ziemia należy do opowieści, które rozbudzają wyobraźnię. Znaleźliśmy się w rzeczywistości w której istnieje nieskończenie dużo równoległych Ziem, w dodatku niezamieszkałych przez ludzi. Każdy kto posiada kroker, proste urządzenie z ziemniakiem w środku, może ruszyć na jego podbój. Jeżeli jesteś fanem dinozaurów, proszę bardzo, mamy świat dla ciebie. Jesteś samotnikiem? Nie ma sprawy, musisz tylko "odejść" bardzo, bardzo daleko. Niektórzy mają ułatwione zadanie i nie potrzebują do przekraczania nawet krokera, to naturalnie kroczący. Jednym z nich jest Joshua i to z nim przemierzamy kolejne światy w poszukiwaniu... no cóż odpowiedzi. Tymczasem rodzi się coraz więcej pytań. I tak jest ciekawie ;)


czwartek, 7 lutego 2013

Cosmopolis - Don DeLillo

"- Twój genius i twój animus zawsze były złączone - rzekła. - Twój umysł rozkwita na glebie wrogości wobec innych ludzi. Tak samo twoje ciało, jak mi się wydaje. Zła krew daje długie życie".

Powieści postmodernistyczne to dla mnie ciężki orzech do zgryzienia. Znowu czuje się kompletnie zagubiona. Zastanawiam się też, w jaki sposób twórcy dali radę zrobić z tego film, a przecież tak się stało. Tym bardziej, że film nie jest w stanie oddać tego co najbardziej podobało mi się w Cosmopolis, czyli samego języka.

"Wyszukiwał wiersze składające się z czterech, pięciu, sześciu linijek. Analizował treść, wnikając myślą w najmniejszą aluzję, a jego uczucia zdawały się krążyć w białej przestrzeni dokoła liter. Były znaki na stronie, ale była też sama strona. Biel była istotna dla duszy wiersza". 

 Akcja powieści rozgrywa się głównie we wnętrzu limuzyny. Przewijają się przez nią ludzie, za oknem tłumy witają prezydenta, żegnają gwiazdę rapu, podkładają bomby i dokonują aktów zniszczenia. Limuzyna wolno porusza się w korku. Przestrzeń limuzyny jest pełna ekranów, zbierających informację z całego świata. Świat płynnej rzeczywistości i cyberkapitalizmu (pojęcia wzięte z samej powieści).  Limuzyna Erica, niezwykle uporządkowanego młodego multimiliardera sunie przez chaos otaczającego go świata. Dla niego wszystko ma sens przeliczalny na szeregi cyfr i geometryczne wzory.  Przypadkowość pewnych zdarzeń zaburza zaburza bezpieczny świat Eryka.

Książka wydana przez Noir Sur Blanc zawiera posłowie Jerzego Jarniewicza. Po przeczytaniu jej zorientowałam się, że trafnie odczytałam niektóre  z przyczyn zachowania Eryka, jednak nie czuje się w pełni usatysfakcjonowana. Chyba wszystkiego tutaj nie zrozumiałam. Ciężka sprawa z tym postmodernizmem.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...